Życie po pożyciu

Po raz n-ty, nie wykluczam, że w celu robienia „zasłony dymnej”, mamy huczącą w mediach i serwisach społecznościowych dyskusję na temat aborcji.

Telewizja pokazuje kłótnie najbardziej skrajnych opcji w tej debacie co kończy się krzykami, wyzwiskami i ogólnym bólem dupy – a nikt nie wychodzi ze studia (ani nie wstaje sprzed telewizora) ani krztynę mądrzejszy, b o każdy okopał się jak mógł na swojej pozycji.

Takie polaryzowanie społeczeństwa wydaje się częstym zabiegiem we współczesnym świecie. My kontra oni. Białe kontra czarne. Tak albo nie. Szkoda tylko, że nawet sam Wszechświat nie działa na zasadzie absolutów. Od pradawnych dziejów filozofowie nawoływali do szukania konsensusu, do szukania złotego środka, albo trzeciej drogi. A my mamy do wyboru tylko skrajności. Albo, w innych tematach, dwie strony tej samej monety (PiS albo PO!).

Nie twierdzę, że znam receptę na powszechne zrozumienie. Nie twierdzę, że moja moralność jest „najmoralniejsza”. Ale skoro wszyscy krzyczą dookoła, to ja też się wypowiem. A wypowiem się w tematach, które jestem sobie w stanie w ogóle wyobrazić.

Zacznijmy od tego, że jestem mężczyzną. W ciążę nie zajdę, ale dziecko mogę spłodzić. Płód w brzuchu matki będzie krwią z mojej krwi, genami z moich genów (a przynajmniej tak z połowa). Ośrodek pro-choice, postulując powszechny dostęp do aborcji (bez pytań, bez komplikacji) domaga się czegoś nieakceptowalnego: możliwości podjęcia decyzji przez matkę w imieniu obojga rodziców. Bo czemu ja, jako ojciec, mam nie móc się wypowiedzieć co do tego, czy chcę aby moje dziecko zostało zabite, czy też nie?

Jeśli miałbym noworodka, i jego matka chciałaby go np. utopić, to byłbym w stanie posunąć się do skrajności w jego obronie. Więc czemu – zwłaszcza, jeśli uważam, w swoim sercu i sumieniu, że 9-tygodniowy płód jest moim dzieckiem, a nie „zlepkiem komórek”. Przy okazji, tak wygląda 9-tygodniowy płód: Płód w 9 tygodniu – ludzie rozckliwiają się nad mniej człowiekopodobnymi stworzeniami, jak np. pająkami.

Jak już napisałem, jestem mężczyzną. Historia mężczyzn nie należy do najprzyjemniejszych: ewolucja przystosowała nas do ciągłej walki: o jedzenie, o terytorium, o kobiety. Mężczyźni zabijali sarny, zabijali najeźdźców, w końcu zabijali rywali. To naprawdę nie są „zamierzchłe czasy”. Człowiek w obecnej postaci wyewoluował jakieś 200 tysięcy lat temu. Można – optymistycznie – stwierdzić, że początek naszej cywilizacji miał miejsce ok. 15 tysięcy lat temu. To oznacza, że ponad 90% naszej historii, to człowiek niecywilizowany – a to i tak tylko licząc od momentu wyewoluowania homo sapiens sapiens, najbardziej „współczesnej” wersji naszej rodziny.

Jeśli ktoś dalej się łudzi, że jesteśmy tak bardzo wyewoluowani w stosunku do wczesnych ludzi, to proponuję zapoznać się z historiami ludzi w warunkach ekstremalnych. Ludzie potrafią przeżyć całe lata w totalnej dziczy, jedząc surowe mięso, polując zaostrzonym kijem na zwierzęta, walczyć wręcz z drapieżnikami. Ludzie potrafią uciekać się do kanibalizmu, jeśli od tego zależy ich życie. Proponuję się też zapoznać z dwoma najbardziej jaskrawymi przykładami degeneracji moralności ludzkiej, tj. przymusowym zamknięciem. Jedno z nich to oczywiście więzienie, a drugie to szkoła podstawowa i gimnazjum. Ludzie w więzieniach skaczą sobie do gardeł o byle złe spojrzenie. Gwałcą się nawzajem, często nie w celu uzyskania satysfakcji seksualnej, ale w celu wykazania dominacji nad innym samcem. Przemoc, kult siły, prawo dżungli. Choć dodałem to w celach humorystycznych, to szkoły pierwszego i drugiego stopnia nie różnią się bardziej od więzień: przymusowo zebrane i zamknięte dzieci szybko wypracowują swoje własne zasady, niezależne od tego co uważamy za „właściwe” i „normalne” tu, w zewnętrznym świecie. Jak ktoś ma coś, co chcesz – zabierz mu. Jak nie odda – to mu przywal. Znajdź najsłabszego i pastw się nad nim. Wyśmiewaj tych, którzy są inni. A to przecież tylko dzieci – skąd one to biorą? Ot, z naszej natury. Tacy jesteśmy wyewoluowani…

Cała ta dygresja była po to, aby uzasadnić to co napiszę za chwilę. Otóż, jako mężczyzna w miarę świadom swojego genetycznego dziedzictwa, jestem w stanie zaakceptować koncept śmierci jako integralnej części życia. I czasem śmierć jest niezbędna. I w swoim sercu i sumieniu rozumiem koncept śmierci jako wybawienia. Rozumiem czemu kiedyś żołnierze nosili mizerykordie – z łacińskiego misericordia – miłosierdzie. Służyły one do dobijania śmiertelnie rannych i cierpiących (niezależnie od strony po której walczyli). Rozumiem eutanazję – dobrowolną śmierć dla tych, dla których życie to ciągły ból i brak nadziei na inny niż śmierć koniec. I w końcu rozumiem aborcję wobec ludzi (płodów), co do których nie ma żadnych wątpliwości, że urodzą się w skrajnym stopniu zdeformowania, lub martwi, lub pozbawieni istotnych dla naszego jestestwa elementów (np. całego mózgu). Osobiście wydaje mi się, że nawet choroby nieśmiertelne jak Zespół Downa mogą być dobrą przesłanką w celu przerwania ciąży – ale oczywiście tylko wtedy, gdy oboje rodziców się na to zgadza. W tym przypadku nie uważam, że to my, społeczeństwo, powinniśmy narzucać jedną albo drugą opcję – to sprawa rodziców i ich sumienia.

A na koniec najważniejsze i najbardziej oczywiste: klauzula sumienia, tj. prawo lekarza do odmowy wykonania aborcji jest jego prawem i nie powinno podlegać żadnemu kwestionowaniu. Płód, choćby i ciężko chory, w dalszym ciągu jest człowiekiem. Nie ma zbyt wielu procesów mózgowych, nie formuje wspomnień, nie ma koncepcji „ja” – ale jeśli dać mu czas, prawdopodobnie może stać się bytem samoświadomym. Co do przypadków płodów całkowicie pozbawionych szans na uzyskanie świadomości (ww. brak mózgu chociażby) – tutaj faktycznie wchodzą w grę przekonania religijne. Niektórzy mogą uważać, że i w takim płodzie jest dusza, jakkolwiek dana religia ją nazywa.

Rozumiem też niechęć do wskazywania innego lekarza, który miałby dokonać procedury. Moim zdaniem argument który słyszałem w jednej z telewizyjnych debat – o ludziach którzy wbrew prawu ukrywali żydów w trakcie II Wojny Światowej jest wyjątkowo trafny. Ktoś kto wskazałby miejsce przebywania tychże żydów sam przecież nie dokonałby żadnej im krzywdy. A w dodatku posłuchałby się prawa. Ale czy byłoby to etyczne? Czy ktoś, kto uważał żydów za ludzi, mógłby tak z czystym sumieniem postąpić? I tak samo jest z lekarzami, dla których 9-tygodniowy płód to człowiek.

Za to za niegodziwe uważam zachowanie polegające na odwlekaniu informacji o odmowie tak długo, aż aborcja będzie niemożliwa/nielegalna. To takie zachowania należałoby piętnować. „Nie zrobię tego i nie chcę mieć z tym nic wspólnego” – taka odpowiedź lekarza jest dla mnie całkowicie zrozumiała. Ale ukrywanie swoich intencji niewykonania zabiegu wykraczają poza świętą zasadę „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność cudza”. Lekarz przekroczył granice swojej wolności i podjął niejako decyzję o aborcji za rodziców, uniemożliwiając im podjęcie jej samodzielnie.

I to jest złe: ograniczanie wolności. Niezależnie od tego, która radykalna strona próbuje tego dokonać.

Comments

comments

Posted in Polityka and tagged , , .

2 Comments

  1. Co do lekarzy, to jest to całkiem proste: pan doktor nie chce wykonać uzasadnionej i legalnej aborcji, pan doktor nie ma kontraktu z Narodowego Funduszu Zdrowia na świadczenia z zakresu ginekologii i pochodnych. Pan doktor nie może być zatrudniony na oddziale, w którego zakresie świadczeń występuje aborcja czy inne zabiegi nie licujące z jego religią. Dużo specjalności jest, można się przekwalifikować, wielu lekarzy ma kilka – pan doktor nie chce, pan doktor nie musi. Ja na przykład nie jestem rzeźnikiem, bo mi przeszkadza odgłos rozrywanych chrząstek (czy cokolwiek wydaje ten obrzydliwy dźwięk). Z komputerem pracuję, na dupsku siedzę, nikt mnie do bycia rzeźnikiem nie zmusi.
    Nie rozumiem, czemu akurat katolicy mają z tym taki problem. Ani muzułmanie, ani żydzi, ani większość protestantów nie ma z tym problemów. Cóż, na szczęście nie moja to broszka, ignorowanie ich wpływa pozytywnie na moje dobre samopoczucie. Chyba, że będąc w ciąży zasłabnę pod drzwiami pewnego szpitala, który zabrania używania smoczków i butelek.

    Jeśli zaś chodzi o prawo ojca do decydowania – szczerze? Widziałeś, ilu ojców jest wśród rodziców niepełnosprawnych dzieci? Jak ma decydować, to najpierw niech podpisze umowę cywilno-prawną – albo zostanę, niezależnie od tego, co się z dzieckiem stanie, nawet, jeśli partnerka ucieknie w świat, albo będę płacił alimenty w takiej kwocie, jaka pozwoli na utrzymanie niepełnosprawnego dziecka. Małe kwoty to nie są, w skrajnych przypadkach nie sądzę, żeby tatusia, który zapałał miłością ojcowską, było stać na godziwe warunki dla tegoż dziecka.
    Najlepiej oczywiście wiązać się z partnerami o podobnych poglądach, z moim mężczyzną jestem w pełnej zgodzie we wszystkich kwestiach światopoglądowych. Wtedy też nie ma problemów „a co, jak jedno nie chce aborcji” albo „zabiłaś moje dziecko”.

Dodaj komentarz