KONY 2012

KONY 2012

W niesamowitym tempie popularność ostatnimi dniami zdobywa powyższy film – KONY 2012. Jak ktoś nie widział, to zapraszam – poczekam.

O skali tejże popularności mówią liczby – 70 milionów odsłon w tydzień, czyli 10 milionów dziennie. Dwie populacje Polski. Zdaje się zatem, że hasła autorów o tym, że żyjemy w innym świecie, świecie natychmiastowej informacji, wydają się wcale nie przesadzone.

Przyjrzyjmy się zatem, jaki jest problem: gdzieś w afrykańskiej dżungli żyje człowiek zwany Joseph Kony, który dowodzi grupą parachrześcijańskich rebeliantów domagających się wprowadzenia w Ugandzie teokracji rządzonej na bazie Dziesięciu Przykazań. W tym celu masowo porywa dzieci i zmienia ich w żołnierzy, zabijając opornych.

Film sugeruje rozwiązanie: USA powinno przy pomocy interwencji militarnej pojmać Kony’ego i doprowadzić przed trybunał w Hadze. Aby skłonić rząd do podjęcia takiej decyzji, autorzy filmu powołali własną młodzieżową armię, która przy pomocy agitacji szerzyła wiedzę o Konym.

Czuje się trochę jak dziecko w sklepie ze słodyczami – nie wiem, za co się rzucić najpierw. A prawdopodobnie i tak po wszystkim będzie mi niedobrze. Zacznę więc od początku: problemem jest, według autorów, Joseph Kony. Obawiam się, że nasza kultura, a konkretnie współczesne dzieła kultury, całkowicie wypaczyły nasze rozumienie tego, jak działa świat. Chyba nikt nie sądzi, że gdyby zastrzelić np. w 1940 roku Hitlera, to unikniętoby tej skali zniszczeń. Personifikujemy całe państwo Niemieckie, stojące w obliczu całkowitego bankructwa, obciążone na niemal sto lat reparacjami po I Wojnie Światowej, w osobę jednek austriackiego kaprala. Dolary przeciw orzechom, że gdyby Hitler zginął w trakcie IWŚ, to Niemcy i tak rozpętaliby wojnę, bo to najzwyczajniej było dla nich najbardziej kuszącą opcją.

Oczywiście Kony’emu należy się stryczek i to nie ulega żadnej wątpliwości – ludzkość może na tym tylko zyskać. Ale rozpętywanie akcji, która dotrze za chwilę do zapewne setek milionów ludzi, tylko po to, aby osądzić jednego człowieka, to jak ściąganie najlepszych chirurgów świata, aby usunąć podejrzany pieprzyk u pacjenta, podczas gdy umiera on właśnie z powodu noża wbitego w trzewia.

Problemy ma nie tylko Uganda. Problemy ma cała tzw. „czarna Afryka”. Brak zasobów podstawowych (woda, żywność, środki higieny itd.), rabunek zasobów naturalnych (diamenty), choroby, przeludnienie, zacofanie cywilizacyjne. To tak tylko kilka punktów – na całym kontynencie trzeba ze świecą szukać miejsca, gdzie jest jako-tako spokojnie i dostatnie.

Ja osobiście preferowałbym rozwiązanie darwinowskie – zakazać ingerencji zewnętrznej i poczekac, aż natura wypracuje stabilny model życia ludzi w Afryce. Zarówno chodzi o zaprzestanie przekazywania pieniędzy i innych środków, jak i o rabunkowe wywożenie dóbr naturalnych przez „białych”. To oczywiście się nie wydarzy, bo całkiem sporo osób zarabia na Afryce naprawdę dobrze.

Bardziej realnych pomysłów nawet nie chce mi się teraz opisywać. I tak wszystkie kończą się w ten sam sposób: kasa, misiu, kasa. Żaden rozsądny władca (w tym zbiorowy, jak np. Kongres) nie zacznie wydawać środków na coś, co nie przyniesie jego państwu jakiegoś zysku. Zyskiem może być umocnienie wpływów regionalnych, zyskiem może być dostęp do surowców, w końcu zyskiem może być ochrona interesów ekonomicznych. Na Afryce Zachód i tak już zarabia, więc po co dalej wydatkować środki? Bo to moralny obowiązek? Bo tak należy?

A co z bezdomnymi i głodnymi w naszych krajach? Co z chorymi, starymi, co z dziećmi których nie stać na podręczniki do szkół? Co ze szpitalami, gdzie nie ma miejsc dla pacjentów? Czy rozwiązaliśmy już wszystkie nasze problemy, że chcemy brać się za cudze?

Takie podejście jest dużo łatwiejsze – wybieramy sobie region, problem i wymyślamy rozwiązanie. Bez myślenia o kontekście historycznym, politycznym, ekonomicznym. Bez myślenia o innych problemach – czy to regionu, czy innych regionów, czy w końcu naszych własnych. Bo rozwiązanie własnych problemów wymaga dużo większego wysiłku i dużo więcej pokory, niż odgrywanie zbawiciela w obcych stronach.

Posted in Internet, Polityka | 1 Comment

Jeśli robimy coś głupiego, to przynajmniej zróbmy to źle!

To zdaje się być hasło jakie przyświeca naszemu rządowi – a w zasadzie wszystkim naszym rządom od kiedy sięgam pamięcią. Oczywiście tym razem czepiam się bałaganu który powstał przy okazji wprowadzania w życie ustawy refundacyjnej. Miałem nadzieję, że cała sprawa zostanie szybko rozwiązana i wszyscy o tym zapomnimy, a ja nie będę czuł powinności się o tym rozpisywać. Niestety, wszystkie strony konfliktu zdają się eskalować problem, a wszelkie próby dogadania się spalają na panewce. Zatem chcąc niechcąc, słowo komentarza.

Pozwolę sobie chwilowo odsunąć na bok kwestię „robienia czegoś głupiego” – tj. posiadania przymusowego publicznego systemu ochrony zdrowia. Inny temat, grubsza sprawa. Skupmy się na faktach: posiadamy taki a nie inny system, istnieją NFZy, istnieje refundacja leków itd. – i w takich ramach zastanówmy się, czy obecne zamieszanie jest naprawdę konieczne.

Zacznijmy od samej listy leków refundowanych. Otóż celem jest udostępnienie pacjentom pewnych środków farmaceutycznych po cenie umożliwiającej nabycie ich bez nadmiernego obciążania portfela chorego. Taką listę – podkreślam, substancji – bez problemu dotarczyć może środowisko lekarskie. Wiedzą w końcu jakie choroby trapią ludzi i czym najlepiej ich leczyć.

Zatem teraz potrzebujemy dostawców, którzy zobowiążą się dostarczać nam leki. My je następnie odsprzedamy chorym po niższej cenie. Oczywiście nie kupujemy i nie magazynujemy tych leków – to spada na apteki, którym później oddajemy różnicę pomiędz kwotą nabycia a sprzedaży. Co robimy, by uzyskać od producentów te środki, po możliwie dobrych cenach? Tak, organizujemy przetargi. Koncerny farmaceutyczne składają oferty na konkretne substancje (tj. zobowiązują się sprzedawać lek zawierający daną substancję przez pewien okres po stałej cenie), a my – państwo – wciągamy na listę leków refundowanych oferty najtańsze – powiedzmy, że także te, które były w granicach +3-5%, ot żeby nie zduszać konkurencji chociażby w zakresie jakości.

Jeszcze bardziej liberalną – tj. zdroworozsądkową – opcją, jest ustalenie po prostu pewnej kwoty refundacji per substancja (per gram, per forma), i refundowanie tej konkretnej kwoty. Tutaj pozostajemy całkowicie agnostyczni co do tego kto dany lek produkuje i po ile sprzedaje. Pozwalamy, by konkurencja na wolnym rynku wypracowała cenę optymalną – taką, która zadowoli producentów i kupujących.

W takiej sytuacji pacjent otrzymywałby recepę na której byłoby na przykład: cetirizini dihydrochloridum 28x10mg. Refundacja państwa na tę substancję w tej ilości mogłaby wynosić np. 10zl. Farmaceuta w aptece proponowałby choremu: Zyrtec za 11zł, Allertec za 13zł albo Amertil za 8zł. Ceny producenta to odpowiednio 21,23 i 18zł. Pacjent sam wybierałby które tabletki woli – może np. te najtansze są kiepsko pakowane, i rozsypują się w plecaku? Albo tabletki źle się połyka? Albo po prostu klient ma preferencję k0nkretnego produktu? To nieistotne – ponieważ istniałaby konkurencja, producenci mogliby konkurować wszelkimi parametrami: jakością, ceną itd.

Oczywiście jak w każdej działalności państwa, która wykracza poza minimalny „szkielet”, przekręty są nieuniknione. Od ustalania kwoty refundacji po zmowy cenowe, nie można się całkiem zabezpieczyć przed stratami. Jednak powyższe rozwiązanie posiada niemalże wbudowane zabezpieczenie przed nadmierną eksploatacją państwa i obywateli. Jeżeli dużej części społeczeństwa nie będzie stać na pewien lek (tj. substancję), to z czysto ekonomicznego punktu widzenia opłacało się będzie zainwestować w np. wynalezienie tańszej metody produkcji, albo wręcz zamiennika.

Drugą sprawą, która jest w zasadzie jeszcze bardziej skandaliczną, jest sposób weryfikacji ubezpieczenia i całe zamieszanie wokół tego. Nawet nie chodzi o to, że niekonstytucyjnym jest fakt, że osoby nieopłacające składki zdrowotnej pozbawione są darmowej opieki medycznej i refundacji leków – i bynajmniej nie namawiam do obejmowania ich takową, a raczej do zmiany zapisów tak, aby nie głosiły one hypokrytycznie podniosłych haseł. Skandalem jest wymuszanie na lekarzach, specjalistach zajmujących się medycyną, aby pracowali w charakterze inspektorów skarbowych. Skandalem jest również zmuszanie pacjentów do biegania za dokumentami potwierdzającymi ich ubezpieczenie (i to co miesiąc!), jak i do okazywania poufnych danych lekarzom, którzy do wykonywania swej pracy naprawdę nie muszą oglądać wszystkich danych finansowych dot. zatrudnienia (typowy, najłatwiejszy do uzyskania od pracodawcy dowód ubezpieczenia to RMUA, na której rozpisane są dokładnie: płaca netto, brutto, wszelkie potrącenia i dodatki itd.). Skandalem jest zmuszanie aptekarzy do odrzucania recept, na których np. numer recepty jest wydrukowany tylko w jednym, zamiast dwóch miejscach (ten sam numer!), albo gdzie cyfra w peselu pacjenta jest poprawiona, bo lekarzowi drgnęła ręka i z cyfry 0 początkowo wyszło mu coś bliższego 6.

W końcu skandalem jest to, że komputeryzacja tego procesu jest zapowiadana dopiero na za kilka lat, ponieważ obecnie… nie ma na to pieniędzy! Pozwolę sobie zatem – całkowicie pro publico bono – zaoferować swoje wsparcie w utworzeniu tego systemu, jako analityk, architekt i programista.

Na początku każdego dobrze prowadzonego projektu informatycznego należy zebrać wymagania. Tutaj wymaganie jest proste: dać osobom uprawnionym  możliwość  weryfikacji stanu ubezpieczenia pacjenta. Jako analityk widzę w tym zdaniu następujące jednostkowe elementy:

  1. System ma umożliwiać sprawdzenie stanu ubezpieczenia (tak/nie).
  2. System ma być dostępny jedynie dla osób uprawnionych.

Całe dwa wymagania funkcjonalne. Dodatkowo nasuwają się potrzeby szczegółowe – np. dotyczące sposobu identyfikacji pacjenta, ale w zasadzie nie wymaga to nawet większego namysłu. Mamy w Polsce system PESEL, tak więc główny identyfikator konkretnych osób istnieje. Dla spójności i wygody możemy chcieć także identyfikować ludzi po zestawie danych: imię, nazwisko oraz data urodzenia.

Uściślenia wymagają także „osoby uprawnione” – zakładając, że weryfikacją chcemy obarczyć wystawiających recepty lekarzy, możemy uznać, że prawo do weryfikacji mają wszyscy którzy mają prawo do wykonywania zawodu lekarza. Baza takich osób istnieje, i każdy w tej bazie ma swój indywidualny numer.

Jako architekt widzę tutaj następujące elementy do utworzenia:

  1. Tabela w bazie danych, zawierająca następujące informacje: imię, nazwisko, data urodzenia, pesel, stan ubezpieczenia.
  2. Tabela w bazie danych, zawierająca listę uprawnionych w postaci: identyfikator, hasło.
  3. Interfejs pozwalający na wykonanie dwóch akcji: nadanie stanu ubezpieczenia, odebranie stanu ubezpieczenia – każda z akcji wymagałaby podania zestawu danych identyfikacyjnych pacjenta, i ustawiałaby odpowiedni status.
  4. Interfejs pozwalajcy na odpytanie o stan ubezpieczenia – na wejściu dane (np. pesel), na wyjściu status: tak/nie.
  5. Serwer bazy danych (komponent fizyczny)
  6. Serwer aplikacyjny (komponent fizyczny)

Koszt prac projektanckich, programistycznych, dokumentacyjnych (po wygórowanych cenach profesjonalnych specjalistów) to mniej niż miesięczna pensja europosła. Koszt sprzętu, wraz z administratorami to również ten rząd wielkości (per miesiąc).

Co do tego, skąd te dane miałyby się tam brać, to odpowiedź jest prosta: ZUS obecnie otrzymuje drogą elektroniczną aktualne dane dotyczące rejestracji i wyrejestrowania osób ubezpieczonych – są one równie wiarygodne co jakikolwiek inny dokument który mógłby przedstawić pracownik. Zatem nakładamy na ZUS obowiązek włączenia w swoje procesy mechanizmu notyfikacji naszego systemu poprzez interfejs nadawania/odbierania uprawnień. Nie mam wiedzy na temat tego, jak wygląda oprogramowanie ZUSu, ale jeśli istnieje coś co odbiera informacje elektroniczne dot. rejestracji/wyrejestrowania, to zmodyfikowanie go tak, by dodatkowo wywoływał system zewnętrzny to również groszowe sprawy.

Jak teraz z systemu skorzystać? Na pewno można utworzyć interfejs  pozwalający na sprawdzenie stanu poprzez stronę WWW – ok. 1 dzień roboty. Pole logowania, po zalogowaniu pola na dane pacjenta. Po wpisaniu – wynik (tak/nie). Ktoś powie, że przecież nie każdy lekarz – a już na pewno nie w publicznych przychodniach – ma komputer. Zatem możemy, jako państwo, szaprnąć się i wynająć bramkę smsową, wraz z pokryciem kosztów, tak by był to darmowy numer. Po wysłaniu peselu pacjenta z numeru telefonu lekarza (zapisanego w bazie, np. via WWW)  system zwracałby informację na temat ubezpieczenia. I nie przesadzajmy – telefon który może odbierać i wysyłać SMSy ma niemal każdy, a wyposażenie w niego każdego lekarza to również minimalny koszt.

Całość systemu można wykonać w ciągu kilku miesięcy kosztem pensji góra kilku europarlamentarzystów. Może z lekką górką na bramkę smsową. Tak czy inaczej, projekt jest mikroskopijny i banalny. A czemu nie zostanie wdrożony? No cóż… odpowiedź naiwna to tzw. „scope creep” – zamiast skupić się na tym co naprawdę jest potrzebne, następuje koncert życzeń fantastyki naukowej, i otrzymujemy zestaw wymagan opisujący nie system sprawdzania stanu ubezpieczenia, ale wirtualny model pacjenta, lekarza, pielęgniarki i zapewne jeszcze z bazą dostępnych wzorów pościeli w szpitalach. Część wymagań zapewne dobrze byłoby zrealizować, ale próba wrzucenia wszystkiego do jednego worka – zwłaszcza, gdy sytuacja jest pilna i delikatna – jest czystą niekompetencją.

Niestety odpowiedź bliższa prawdy jest o wiele prostsza: im większy projekt, tym więcej pieniędzy przez niego przepłynie. Jeśli średnio ukraść można 10%, to lepiej, żeby te 100% było jak największe…

Ale nic to – podniecajmy się, że Palikot zapalił kadzidełko w sejmie, a gdy już myślimy o lekach i leczeniu – obwińmy o wszystko pazernych lekarzy, chciwych farmaceutów i diaboliczne koncerny farmaceutyczne. A potem rzućmy się wszyscy sobie do gardeł.

Posted in Polityka, Uncategorized | 1 Comment

„Nic nie klikałem, a rozsyłam jakieś linki!” – czyli o spamie na FB

Każdy, kto ma konto na Facebooku zapewne już się spotkał z takimi wpisami, czy to u siebie czy u kogoś znajomego:

No to co, trzeba kliknąć i obejrzeć!

Na początek zostajemy odesłani do strony umieszczonej na bezpłatnym serwerze altervista.org, którą utworzył użytkownik o najzwyklejszym nicku „exgfca1″.

Co prawda nie jest to youtube czy metacafe, ale co tam. Na stronie wita nas duży napis „Loading…” i zostajemy przeniesieni zupełnie gdzie indziej – konkretnie na adres „http://tinyurl.com/…”. Wszyscy są przyzwyczajeni do linków z tej strony, więc nie wzbudza to podejrzeń.

Dygresja – dość ważna – jest taka, że tinyurl.com posiada opcję podglądu. Klikając: http://tinyurl.com/preview.php można ją włączyć, a wówczas zamiast przenosić, tinyurl będzie pokazywał najpierw, na jaki adres jesteśmy odsyłani.

Tym razem był to adres: http://2fun4u.xyz/videos/abcd/ (zmieniony, żeby nikomu nie przyszło do głowy klikać :) ). Tam wita nas taka strona:

W tle widzimy okienko YouTube’a, a nad nim – dość co prawda nieudolnie zrobione – a’la facebookowe okienko proszące o powtwierdzenie wieku. Kliknięcie na Jaa czy na Peruuta czy na cokolwiek innego na tym obrazku ma dokładnie ten sam efekt – uruchamiana jest funkcja:

function valida_edad() {
 wopen2('http://www.facebook.com/sharer/sharer.php?locale=fi_FI&u=' + sito + '&src=sp','video_prom',268,104,'no','no');
}

Która, jak można się domyślić, wywołuje podany wyżej link – link który służy do umieszczania czegoś na swojej ścianie na FB. Żeby było śmieszniej, okienko nam się nie pokaże ot-tak – będzie ukryte, tak że gdy klikniemy w rejonie „Jaa” po raz drugi, tak naprawdę klikniemy „Opublikuj” w prawdziwym, FB okienku. W ten sposób umieściliśmy śmieciowy link na swoim FB nawet o tym nie wiedząc.

Czy teraz okienko zniknie i będziemy mogli obejrzeć filmik? Otóż nie – ów youtube’owy odtwarzacz w tle to tylko obrazek. Ale strona przeniesie nas dalej, do faktycznego filmiku – jednocześnie pokazując, po co to wszystko.

Trafiamy po chwili na stronę, która już nie sugeruje, że filmik dotyczy tego co wcześniej, ale tym razem zostajemy uraczeni hasłem „Age Verification to see McDonalds Food – Truth”. Tym razem chodzi o filmik dot. żarcia w McDonaldzie. Przy okazji strona ładuje w tle miliard reklam, z których autorzy mają zysk (i wiemy jaki jest cel).

Na koniec faktycznie dostajemy obiecany filmik (http://www.youtube.com/watch?v=j-ljW5YEdao), ale raz, że wszyscy go chyba widzieli, dwa

  • wszyscy go chyba widzieli
  • jak nie widzieli, mogli po prostu wyszukać na youtube’ie
  • a poza tym to filmik o żarciu w McD, a nie jak obiecano – o czymś innym.

Podsumowując: filmiki są na youtube’ie i tym podobnych. I nie wymagają klikania „Jaa”. Zwłaszcza dwukrotnie. I nie przesyłają człowieka między 3 różnymi stronami :>

Zapamiętać, zastosować, nie klikać :>

Posted in Facebook, Internet | Leave a comment

Cisza przed burzą…

…była. Okres w którym w zasadzie w mediach nie działo się nic, jeno smutne iteracje wciąż tych samych frazesów najwyraźniej spowodowały, że niektórym poziom szaleństwa osiągnął niebezpieczne stężenia i postanowił szukać ujścia. Stąd po krótkiej przerwie – prasówka:

1) Minister Sawicki rozwiązuje problem cukru

Otóż „jeśli cukier jest za drogi – to go nie kupujcie”. To co, „jeśli podatki są za wysokie – to ich nie płaćcie”? Czy może mniej złośliwa analogia: „jeśli prąd jest za drogi, to siedźcie po ciemku”? Nie, tutaj pasuje tylko jeden cytat:

Lud nie ma chleba? „Niech jedzą ciastka!”

Pomijając wątpliwość autentyczności tych słów, pasują jak ulał.

Oczywiście p.Sawicki ma rację: redukcja popytu obniża cenę. Najwyraźniej obecny rząd jednak zna podstawy gospodarki wolnorynkowej! Tylko no właśnie – wolnorynkowej. W momencie, gdy na podaż i cenę wpływa masa wszelkich regulacji i obciążeń fiskalnych, model wbijany do głowy każdemu młodemu ekonomiście zaczyna się sypać, i z prostego, eleganckiego modelu z dwoma krzywymi dochodzimy do potworka, w którym krzywe mają dziwaczne kształty, gdzie znajdują się różne strefy ‘nieopłacalności’ lub wartości cen czy produkcji zwyczajnie nieosiągalnych niezależnie od ograniczeń technologicznych.

To teraz moja rada na drogi cukier, równie prosta co p.Sawickiego: cukier jest drogi? Obniżcie podatki.

 

2) Wyborcza czuje pismo nosem

Otóż w Finlandii, można by myśleć: kraju progresywnym, cywilizowanym, jedna z niemalże ‘kanapowych’ partii uzyskała wynik 19% poparcia. Partia ta śmie głosić hasła takie jak „językiem Finlandii powinien być fiński” czy „Unia Europejska nie jest Rajskim Ogrodem”. O, albo absolutnie ksenofobiczna i karygodna postawa krytykowania (m.in. afrykańsko-arabskiej) imigracji (która to przez ostatnie 10 lat spowodowała wzrost nie-finów w Finalndii o +100%).

Co Wyborczą to obchodzi? Ano proszę sobie wyobrazić, że społeczeństwo Polskie się wreszcie ogarnęło i np. UPR-WiP z tych ~3% wzbija się na poziom 20%, przeganiając PSL czy SLD. Towarzysze z Czerskiej już raz widzieli, co się dzieje gdy partie prawicowe dochodzą do głosu – skończyło się to szybkim obaleniem rządu w środku nocy :) Raz im wystarczy, Nigdy Więcej. Stąd właśnie głównym atrybutem przypisywanym owej fińskiej partii jest… populizm. A ich metody dyskusji politycznej to „wmawianie” społeczeństwu różnych rzeczy.

Źli Finowie! Wracać do skandynawskiego socjalizmu!

Posted in Uncategorized | 2 Comments

Panie Kaczyński, pan mosz recht…

…śląskość to nie polskość, i kaszubskość to nie polskość, i warszawskość to nie polskość.

Czemu Prezesowi tak zależy na ogólnopaństwowej jedności – rozumiem. W końcu ciężko wytłumaczyć komuś z Podlasia czemu ma dopłacać do kopalń, jeśli mu się nie powie, że to polskie kopalnie i polscy górnicy, którzy potrzebują solidarności społecznej. Dziwi mnie tylko czemu siły od dawna zidentyfikowane, albo wręcz identyfikujące się jako wybitni rozdawacze cudzych pieniędzy są tak oburzeni i w zasadzie strzelają sobie w stopę.

Samorządność i zarządzanie na poziomie lokalnym jako alternatywa dla planowania i administracji centralnej jest marzeniem każdego prawdziwego wolnorynkowca. Jest to krok w stronę tego aby ludzie faktycznie gospodarowali swoimi pieniędzmi – bo jeśli gdzieś nie ma środków na budowę czegoś, i nie ma chętnych na fundowanie tego, to najlepiej byłoby tego nie budować. A jednak się buduje, bo wtedy można pokazać, jak to się dba o interesy mieszkańców. I poopalać się w blasku fleszy.

Oczywiście wszystkie media kipią informacją, że Prezes Kaczyński ‘leci Dmowskim’ – głównie dlatego, że Prezes Kaczyński. To taka odmiana celebryty: co by nie zrobił to trzeba przygotować masę materiałów filmowych, zaprosić komentatorów, obgadać, przeanalizować a w końcu uznać, że jest to prowincjonalne i zaściankowe.

Wczoraj w TVN24 jeden z zaproszonych komentatorów, nazwiska niestety nie pomnę (bodajże profesor socjologii z Instytutu Politologi UKSW, lecz mogę się mylić) ku memu zdumieniu nie tylko doszedł do podobnych wniosków,  ale próbował je na wizji przedstawić. Mówił jak to poświęcanie tyle uwagi każdej wypowiedzi Kaczyńskiego jest absolutnie szkodliwym dla debaty publicznej, dla dziennikarstwa itd. – oczywiście został szybko zakrzyczany przez prowadzącego, który już widział siebie oczyma duszy jako korespondenta z np. Fukushimy.

Ale może rzeczywiście coś się dzieje? Może naprawdę ludzie wreszcie zaczynają mieć dosyć tej szopki?

A może to po prostu wiosna.

Posted in Polityka | Leave a comment

Jakie życie taki rap, jaki premier taki VAT

A jaki VAT taka reszta prawa. Liberalna, oczywiście, jak całe PO.

Wczoraj ubawiła  mnie niezmiernie wiadomość o tym, że Izba Celna wszczęła postępowanie karnoskarbowe przeciw polskiemu oddziałowi Canal +.

O co poszło? Otóż jest taki piłkarz jak Ronaldo – może niektórzy kojarzą. Jako że gra w Realu, na koszulce ma logo sponsora – firmy bukmacherskiej działającej w internecie. Ów Ronaldo, będąc jedną z gwiazd ligi hiszpańskiej, reklamował transmisje meczów tejże w Canal +, widniejąc na rozlepionych po mieście plakatach.

Niestety w naszym liberalnym i rządzonym przez liberałów państwie hazard w sieci jest zabroniony, jak również zabroniona jest jego reklama. Zatem wg urzędników rozklejenie plakatów reklamujących ligę hiszpańską, na których widnieje Ronaldo reklamujący na swej piersi firmę bukmacherstwa sieciowego jest również nielegalne.

Tak, to jest idiotyzm do kwadratu.

Oczywiście za chwilę przepisy się zmienią – przewiduję, że rząd opodatkuje co się tylko da i stosowne legalizacje się pojawią. Ludzie będą szczęśliwi – no bo przecież! nastąpi liberalizacja prawa! – a z ich kieszeni zostaną ukradzione kolejne złotówki.

W zasadzi aż dziwne, że jakiekolwiek pieniądze jeszcze nam zostają. Szybkie wyliczenia: załóżmy, że przekonaliśmy pracodawcę, aby zapłacił nam 10.000 PLN miesięcznie.

  • Od tego pracodawca musi zapłacić składki na ZUS. Około 17,74%, stąd faktycznie może nam zapłacić 8493 zł – pozostałe 1507 zł już leci do Państwa.
  • Kolej na nasze składki: ZUS: 1164,40 zł, 659,57 zł na ubezpieczenie zdrowotne i 685 zaliczki na podatek dochodowy. Pozostaje nam: 5984 zł
  • Jedziemy do sklepu i kupujemy telewizor za 5000 zł, w czym mamy 22% tj. 1100zł VAT.

Już na tym etapie z tych przyobiecanych nam 10.000 zł do Skarbu Państwa trafiło 5116 zł – ponad połowa. Teraz możemy np. oddać telewizor narzeczonej (podatek od darowizn: 12% od jego wartości, tj. kolejne 600zł), albo też zakup opić (o ilości podatków w cenie alkoholu chyba nawet nie muszę wspominać).

I nie, nie przejaskrawiam: faktycznie np. w cenie telewizora jest akcyza, VAT i inne w cenie benzyny, którą spalił samochód transportujący telewizor do sklepu, jest podatek gruntowy od ziemi na której stoi sklep, są obciążenia finansowe pracowników i wiele innych. Porównanie cen np. podzespołów komputerowych w USA i w Polsce daje nam ok. 50% różnicę – na naszą niekorzyść oczywiście. Można stąd dedukować, że spokojnie taki jest narzut bandyckiego fiskusa. Czyli owszem, mamy 6000 zł na rękę – ale wszystko co za to możemy kupić jest dalej obciążone 50% podatkami pośrednimi. W rezultacie zostaje nam jakieś 3000 zł mocy nabywczej.

A pracodawca wykłada dziesięć tysięcy. Teraz proszę sobie wyobrazić, że jesteście owymi pracodawcami i chcecie kogoś zatrudnić. Lekką ręką wyłożycie takie pieniądze? No właśnie. Firmom nie opłaca się zatrudniać, ludziom nie opłaca się pracować. A Rząd wykorzystuje to co nakradł i np. przeznacza je by walczyć z bezrobociem.

Znacie zapewne stare powiedzenie:

Socjalizm bohatersko walczy z problemami, które sam tworzy.

No to co, socjalizm upadł? Wolna Polska? Wolne żarty.

Posted in Podatki, Polityka, Prasówka | Leave a comment

Polska Jest Najmojsza

Czy ktoś jeszcze ma jakieś złudzenia, że PJN jest w jakikolwiek sposób odpowiedzią na „bandę czworga”, jakąkolwiek „trzecią drogą”? Byłoby to myślenie równie naiwne, co wiara w to, że kłótnia Palikota z PO nie została gruntownie zaplanowana i uzgodniona ze wszystkimi zainteresowanymi.

Przypomnijmy: PO odczuwa pewne niepokoje wewnętrzne pomiędzy elektoratem centrowym a lewicowym (o jakimkolwiek myśleniu prawicowym czy centro-prawicowym oczywiście mowy być nie może). Najbardziej radykalne poglądy zostają wyizolowane w postaci Janusza Palikota, który następnie błaznuje dalej, skutecznie pokazując, że rozsądek i stabilność gwarantuje jedynie Donald Tusk. Dzięki temu wewnątrz Platformy robi się spokojniej (przynajmniej na tej linii).

Następnie podobnie dzieje się w PiSie, chociaż tutaj nie było to ustalone a celem nie jest ustabilizowanie elektoratu, ale właśnie jego radykalizacja. Spójrzmy: wewnątrz elektoratu PiSu znajdują się z pewnością sieroty po POPiSie jak i nawet sieroty po lewicujących pomysłach PiSu. Taki elektorat mógł łatwo przejść pod skrzydła czy to PO czy to SLD. A teraz mają trzecią drogę, PJN!

…a ordynację mamy jaką mamy, i PJN zwyczajnie do sejmu nie wchodzi. Głosy na owo ugrupowanie de facto przepadają, proporcjonalnie partie ‘wchodzące’ zyskują więcej mandatów. Scenariusz dużo lepszy, niż te ~3% głosów miałyby przejść na konto PO.

Kaczyński dobrze wie, że szanse na samodzielne rządzenie ma nawet nie nikłe, a praktycznie zerowe. Jego szansą na polityczną egzystencję jest właśnie utrzymywanie się jako ‘silna opozycja’ przy pomocy swojego betonowego elektoratu, który nie wiedzieć czemu właśnie w nim upatruje zbawienia od Tuska.

Oczywiście, wszystko dla dobra Polski…

Posted in Polityka | Leave a comment

Ależ u nas jest spokój i dobrobyt

Główne wiadomości: Smoleńsk, Libia, Libia, Smoleńsk, Libia… o, „Promieniotwórczy jod nad Polską” – i od razu mniejszymi literami dopisek: ale dawka tysiące razy niższa niż dopuszczalna.

Szybko przeliczę co jest w artykule: w Polsce korzystamy z takiej samej normy co większość „Zachodu”, tj. za wartość graniczną dawki promieniowania na rok uznajemy 1mSv (słownie: jeden milisiwert) i jest to oczywiście mocno zaniżona wartość (głównie ze względu na to, ile promieniowania pochłaniamy np. w trakcie badań medycznych).

Spece z Głównego Instytutu Górnictwa wyliczyli, że przy obecnym poziomie ‘skażenia’ powietrza, intensywne oddychanie takim powietrzem przez cały rok, doznałby napromieniowania dawką 2000 razy mniejszą niż limit. Oznacza to, że faktyczna dawka roczna to 1/2000 milisiwerta, tj. 0.5 mikrosiwerta.

Teraz robi się zabawnie: banany, ze względu na zawartość wysokiej ilości potasu, są w zasadzie radioaktywne. Uśredniając, zjedzenie jednego banana to dawka 0.1 mikrosiwerta. A zatem faktyczny nagłówek powinien brzmieć: katastrofa w Fukushimie naraziła Polaków na takie samo zagrożenie, co zjedzenie pięciu bananów w ciągu roku.

Ach, we wspaniałym kraju, dostatnim i bezpiecznym, żyjemy, skoro jednym z głównych ‘newsów’ jest informacja jak ta powyżej.

Posted in Prasówka | 3 Comments

Słodkie kłamstwa i promienne idee

Ile zużywacie cukru w domu? Z paniki jaka wybuchła wśród społeczeństwa – i mówię tu o normalnych obywatelach, nie zakładach produkcyjnych – wynikałoby, że objętościowo idzie więcej cukru, niż wody. Ludzie kupujący cukier dwa i trzy razy dziennie, bo są limity po 10 kg „na koszyk”.

Ciekawostką jest fakt, że w Niemczech cukier jest po 65 eurocentów czyli 2,60zł. Podobno jeden student sprowadził i sprzedał juz ponad 20 ton niemieckiego cukru. Z ciekawości: wie ktoś może, po ile jest cukier na Ukrainie albo Białorusi?

Normalnie czule bym się uśmiechnął w kierunku Brukseli i pozdrowił wiadomym palcem eurokratów, przez których mamy chwilowy powrót do czasów minionych, gdyby nie fakt, że ceny cukru są jak te gabońskie orzeszki – mało istotne. Jako że obraz wart jest tysiąc słów:

Tusk: Krzyż, krzyż, krzyż!... i co, VAT podniesiony? To podnoście akcyzę, a ja dalej robię zasłonkę. DOPALACZE! DOPALACZE!

A co jest ważne? Ano chociażby to, że różne bandy oszołomów (inspirowane cholera wie przez kogo), wykorzystują problemy w Fukushimie, by po raz kolejny odsunąć budowę elektrowni atomowej w Polsce.

Zacznijmy może od tego, że protestujący ekoterroryści są idiotami. To, że nie wrócimy do życia na drzewach możemy chyba przyjąć za pewnik, tak więc potrzebujemy prądu. Kto pierwszy planuje zrezygnować z korzystania z elektryczności tego zapraszam na dobrowolną, choć dożywotnią, banicję w leśne ostępy. Bo tak, wspaniale, że ratujesz planetę gasząc światło w łazience – szkoda tylko, że całe miasto świeci się jak jedna wielka żarówka. Albo życie we współczesnym świecie i zużywanie energii – albo powrót do korzeni, a raczej korzonków (i jagódek).

Owi ekoterroryści najwyraźniej chcą, by Polska w dalszym ciągu czerpała energię ze spalania węgla. Obecnie stąd pochodzi 90% elektryczności – reszta to w zasadzie tylko elektrownie wodne, które z powodów oczywistych można stawiać jedynie w bardzo specyficznych miejscach i które mają bardzo rozległy wpływ na środowisko naturalne. Może mnie innej chemii i fizyki uczyli, ale kojarzę, że spalanie paliw kopalnych jakoś bardzo zdrowe nie jest. Ekolodzy jednak straszą nas takimi obrazkami, by pokazać jak straszliwą emisję gwarantują zakłady nuklearne:

Jeśli ktoś się nie orientuje, to śpieszę z informacją: to co widać na obrazku to tzw. chłodnie kominowe, a to co się z nich wydobywa to czysta para wodna. Czyli morderczy monotlenek diwodoru!

Już w starożytnym Rzymie wiedziano, że uczynił ten, komu przyniosło to korzyść. Zatem czyżby niewinne „nie dla atomu” nie miało gdzieś powiązania z faktem, że eksploatacja złóż węgla, choć droga i nieopłacalna, z pewnością dla różnych osób jest istotna? Nie mi oceniać, ale zawsze warto spojrzeć trochę szerzej – inaczej można nie dostrzec, co się czai po bokach.

Na koniec trochę smutna informacja: jeśli chcemy choć trochę zyskać, jako Polska, na ponad półwiecznej już technologii elektrowni atomowych, budowę należy zacząć w zasadzie już dzisiaj. Przy obecnej technologii, metodach wydobycia i znanych pokładach, zaspokajane jest jedynie 65% zapotrzebowania na uran. Zasoby tego pierwiastka nie są nieskończone, zwłaszcza że tylko niewielką jego część można wykorzystać do generowania energii. Tak więc rozpoczęcie budowy za dziesięć lat i uruchomienie elektrowni za dwadzieścia jest po prostu nonsensem. Dość prawdopodobnym co prawda – z Polski wyprowadzi się ogromną kasę, a zachodni partnerzy będą mieli co zrobić z całą tą starą i nikomu już nieprzydatną aparaturą.

I owszem, prowadzone są badania nad nowymi źródłami energii – np. ponowne przetwarzanie odpadów radioaktywnych, ale w to, że Polska stanie się pionierem w dziedzinie badań nuklearnych, po prostu nie uwierzę.

A szkoda.

Posted in Polityka, Prasówka | 1 Comment

Jak to Unia Europejska uratowała mi życie

A przynajmniej próbowała. Podobno.

Uciekną miliardy na budowę dróg? | rp.pl

Otóż okazuje się, że eurokraci wydali dyrektywę nakazującą – przy pomocy specjalnych przepisów – radykalnie obniżyć liczbę śmiertelnych wypadków. No to widzę, że stara szkoła się odzywa! Jak Partia nakazała, by krowy dawały więcej mleka, to te z pewnością dawały. Jak Unia nakazuje aby było mnie śmiertelnych wypadków, to zapewne będzie ich mniej.

Jak zostanie to osiągnięte? Otóż zgodnie z dyrektywą należy przeprowadzać oceny bezpieczeństwa ruchu i zewnętrzne audyty. Tak, to nie żart. Dyrektywa nie nakazuje budować szerokich, prostych dróg. Nie daje mocy, by wyciąć wszystkie przydrożne drzewa. Ba, nawet nie nakazuje by samochody miały zamontowane silniki o pojemności co najwyżej 500cc i rozwijały prędkość maks. 30 km/h (nie nakazuje póki co oczywiście, wszystko przed nami).

Zewnętrzne audyty i oceny bezpieczeństwa. Jako żywo przypomina to stosowanie w przedsiębiorstwach „zewnętrznych firm consultingowych” które ściąga się w celu wykonania „analizy” bądź „restrukturyzacji”, czy też „opracowania strategii”.  Jeśli mamy przedsiębiorstwo, a w nim ludzi którzy od lat w nim pracują i znają je od podszewki, to kto lepiej będzie wiedział,  jak co w nim działa i gdzie wymagane są usprawnienia? Właśni pracownicy z doświadczeniem, czy zagraniczni goście w drogich garniturach, którzy nawet nie wiedzą co przedsiębiorstwo w zasadzie wytwarza?

Oczywiście żadne sensowne przedsiębiorstwo zarządzane przez właściciela nigdy nie wpadnie na pomysł ściągania sobie na głowę np. Andersen Cons… o przepraszam, Accenture. Na takie samobójcze kroki decydują się jedynie przedsiębiorstwa zarządzane przez ludzi, którzy nie mają żadnego interesu w faktycznym zysku spółki – oni są… najlepiej obrazuje to znany cytat: „Mój mąż jest z zawodu kierownikiem”.

Pełną analogię mamy w zarządzaniu państwem: państwo nie należy do polityków, nie jest ich inwestycją, nie są rozliczani z długofalowych decyzji. „Po nas choćby potop”. A teraz – za podszeptem Unii – państwa, niczym te biedne, dojone przedsiębiorstwa, będą zatrudniać zewnętrznych audytorów. Używając modnego słówka: pełna synergia.

A jak to faktycznie wygląda u nas? Artykuł straszy stratą dotacji, bo polski rząd o dziwo jeszcze nie zastosował się do dyrektyw. Czyżby łapów… dotacja za mała?

 

PS – zastanawialiście się czasem nad tym, ile warte jest życie ludzkie? Uznaliście, że jest bezcenne? Już nie:

UE ocenia bowiem, że tzw. bezpośrednie koszty społeczne jednej ofiary śmiertelnej wynoszą 1 mln euro.

I tak dobrze, że nie przyznali od razu, że życie nie reprezentuje dla nich żadnej wartości…

Posted in Prasówka | 4 Comments