To zdaje się być hasło jakie przyświeca naszemu rządowi – a w zasadzie wszystkim naszym rządom od kiedy sięgam pamięcią. Oczywiście tym razem czepiam się bałaganu który powstał przy okazji wprowadzania w życie ustawy refundacyjnej. Miałem nadzieję, że cała sprawa zostanie szybko rozwiązana i wszyscy o tym zapomnimy, a ja nie będę czuł powinności się o tym rozpisywać. Niestety, wszystkie strony konfliktu zdają się eskalować problem, a wszelkie próby dogadania się spalają na panewce. Zatem chcąc niechcąc, słowo komentarza.
Pozwolę sobie chwilowo odsunąć na bok kwestię „robienia czegoś głupiego” – tj. posiadania przymusowego publicznego systemu ochrony zdrowia. Inny temat, grubsza sprawa. Skupmy się na faktach: posiadamy taki a nie inny system, istnieją NFZy, istnieje refundacja leków itd. – i w takich ramach zastanówmy się, czy obecne zamieszanie jest naprawdę konieczne.
Zacznijmy od samej listy leków refundowanych. Otóż celem jest udostępnienie pacjentom pewnych środków farmaceutycznych po cenie umożliwiającej nabycie ich bez nadmiernego obciążania portfela chorego. Taką listę – podkreślam, substancji – bez problemu dotarczyć może środowisko lekarskie. Wiedzą w końcu jakie choroby trapią ludzi i czym najlepiej ich leczyć.
Zatem teraz potrzebujemy dostawców, którzy zobowiążą się dostarczać nam leki. My je następnie odsprzedamy chorym po niższej cenie. Oczywiście nie kupujemy i nie magazynujemy tych leków – to spada na apteki, którym później oddajemy różnicę pomiędz kwotą nabycia a sprzedaży. Co robimy, by uzyskać od producentów te środki, po możliwie dobrych cenach? Tak, organizujemy przetargi. Koncerny farmaceutyczne składają oferty na konkretne substancje (tj. zobowiązują się sprzedawać lek zawierający daną substancję przez pewien okres po stałej cenie), a my – państwo – wciągamy na listę leków refundowanych oferty najtańsze – powiedzmy, że także te, które były w granicach +3-5%, ot żeby nie zduszać konkurencji chociażby w zakresie jakości.
Jeszcze bardziej liberalną – tj. zdroworozsądkową – opcją, jest ustalenie po prostu pewnej kwoty refundacji per substancja (per gram, per forma), i refundowanie tej konkretnej kwoty. Tutaj pozostajemy całkowicie agnostyczni co do tego kto dany lek produkuje i po ile sprzedaje. Pozwalamy, by konkurencja na wolnym rynku wypracowała cenę optymalną – taką, która zadowoli producentów i kupujących.
W takiej sytuacji pacjent otrzymywałby recepę na której byłoby na przykład: cetirizini dihydrochloridum 28x10mg. Refundacja państwa na tę substancję w tej ilości mogłaby wynosić np. 10zl. Farmaceuta w aptece proponowałby choremu: Zyrtec za 11zł, Allertec za 13zł albo Amertil za 8zł. Ceny producenta to odpowiednio 21,23 i 18zł. Pacjent sam wybierałby które tabletki woli – może np. te najtansze są kiepsko pakowane, i rozsypują się w plecaku? Albo tabletki źle się połyka? Albo po prostu klient ma preferencję k0nkretnego produktu? To nieistotne – ponieważ istniałaby konkurencja, producenci mogliby konkurować wszelkimi parametrami: jakością, ceną itd.
Oczywiście jak w każdej działalności państwa, która wykracza poza minimalny „szkielet”, przekręty są nieuniknione. Od ustalania kwoty refundacji po zmowy cenowe, nie można się całkiem zabezpieczyć przed stratami. Jednak powyższe rozwiązanie posiada niemalże wbudowane zabezpieczenie przed nadmierną eksploatacją państwa i obywateli. Jeżeli dużej części społeczeństwa nie będzie stać na pewien lek (tj. substancję), to z czysto ekonomicznego punktu widzenia opłacało się będzie zainwestować w np. wynalezienie tańszej metody produkcji, albo wręcz zamiennika.
Drugą sprawą, która jest w zasadzie jeszcze bardziej skandaliczną, jest sposób weryfikacji ubezpieczenia i całe zamieszanie wokół tego. Nawet nie chodzi o to, że niekonstytucyjnym jest fakt, że osoby nieopłacające składki zdrowotnej pozbawione są darmowej opieki medycznej i refundacji leków – i bynajmniej nie namawiam do obejmowania ich takową, a raczej do zmiany zapisów tak, aby nie głosiły one hypokrytycznie podniosłych haseł. Skandalem jest wymuszanie na lekarzach, specjalistach zajmujących się medycyną, aby pracowali w charakterze inspektorów skarbowych. Skandalem jest również zmuszanie pacjentów do biegania za dokumentami potwierdzającymi ich ubezpieczenie (i to co miesiąc!), jak i do okazywania poufnych danych lekarzom, którzy do wykonywania swej pracy naprawdę nie muszą oglądać wszystkich danych finansowych dot. zatrudnienia (typowy, najłatwiejszy do uzyskania od pracodawcy dowód ubezpieczenia to RMUA, na której rozpisane są dokładnie: płaca netto, brutto, wszelkie potrącenia i dodatki itd.). Skandalem jest zmuszanie aptekarzy do odrzucania recept, na których np. numer recepty jest wydrukowany tylko w jednym, zamiast dwóch miejscach (ten sam numer!), albo gdzie cyfra w peselu pacjenta jest poprawiona, bo lekarzowi drgnęła ręka i z cyfry 0 początkowo wyszło mu coś bliższego 6.
W końcu skandalem jest to, że komputeryzacja tego procesu jest zapowiadana dopiero na za kilka lat, ponieważ obecnie… nie ma na to pieniędzy! Pozwolę sobie zatem – całkowicie pro publico bono – zaoferować swoje wsparcie w utworzeniu tego systemu, jako analityk, architekt i programista.
Na początku każdego dobrze prowadzonego projektu informatycznego należy zebrać wymagania. Tutaj wymaganie jest proste: dać osobom uprawnionym możliwość weryfikacji stanu ubezpieczenia pacjenta. Jako analityk widzę w tym zdaniu następujące jednostkowe elementy:
- System ma umożliwiać sprawdzenie stanu ubezpieczenia (tak/nie).
- System ma być dostępny jedynie dla osób uprawnionych.
Całe dwa wymagania funkcjonalne. Dodatkowo nasuwają się potrzeby szczegółowe – np. dotyczące sposobu identyfikacji pacjenta, ale w zasadzie nie wymaga to nawet większego namysłu. Mamy w Polsce system PESEL, tak więc główny identyfikator konkretnych osób istnieje. Dla spójności i wygody możemy chcieć także identyfikować ludzi po zestawie danych: imię, nazwisko oraz data urodzenia.
Uściślenia wymagają także „osoby uprawnione” – zakładając, że weryfikacją chcemy obarczyć wystawiających recepty lekarzy, możemy uznać, że prawo do weryfikacji mają wszyscy którzy mają prawo do wykonywania zawodu lekarza. Baza takich osób istnieje, i każdy w tej bazie ma swój indywidualny numer.
Jako architekt widzę tutaj następujące elementy do utworzenia:
- Tabela w bazie danych, zawierająca następujące informacje: imię, nazwisko, data urodzenia, pesel, stan ubezpieczenia.
- Tabela w bazie danych, zawierająca listę uprawnionych w postaci: identyfikator, hasło.
- Interfejs pozwalający na wykonanie dwóch akcji: nadanie stanu ubezpieczenia, odebranie stanu ubezpieczenia – każda z akcji wymagałaby podania zestawu danych identyfikacyjnych pacjenta, i ustawiałaby odpowiedni status.
- Interfejs pozwalajcy na odpytanie o stan ubezpieczenia – na wejściu dane (np. pesel), na wyjściu status: tak/nie.
- Serwer bazy danych (komponent fizyczny)
- Serwer aplikacyjny (komponent fizyczny)
Koszt prac projektanckich, programistycznych, dokumentacyjnych (po wygórowanych cenach profesjonalnych specjalistów) to mniej niż miesięczna pensja europosła. Koszt sprzętu, wraz z administratorami to również ten rząd wielkości (per miesiąc).
Co do tego, skąd te dane miałyby się tam brać, to odpowiedź jest prosta: ZUS obecnie otrzymuje drogą elektroniczną aktualne dane dotyczące rejestracji i wyrejestrowania osób ubezpieczonych – są one równie wiarygodne co jakikolwiek inny dokument który mógłby przedstawić pracownik. Zatem nakładamy na ZUS obowiązek włączenia w swoje procesy mechanizmu notyfikacji naszego systemu poprzez interfejs nadawania/odbierania uprawnień. Nie mam wiedzy na temat tego, jak wygląda oprogramowanie ZUSu, ale jeśli istnieje coś co odbiera informacje elektroniczne dot. rejestracji/wyrejestrowania, to zmodyfikowanie go tak, by dodatkowo wywoływał system zewnętrzny to również groszowe sprawy.
Jak teraz z systemu skorzystać? Na pewno można utworzyć interfejs pozwalający na sprawdzenie stanu poprzez stronę WWW – ok. 1 dzień roboty. Pole logowania, po zalogowaniu pola na dane pacjenta. Po wpisaniu – wynik (tak/nie). Ktoś powie, że przecież nie każdy lekarz – a już na pewno nie w publicznych przychodniach – ma komputer. Zatem możemy, jako państwo, szaprnąć się i wynająć bramkę smsową, wraz z pokryciem kosztów, tak by był to darmowy numer. Po wysłaniu peselu pacjenta z numeru telefonu lekarza (zapisanego w bazie, np. via WWW) system zwracałby informację na temat ubezpieczenia. I nie przesadzajmy – telefon który może odbierać i wysyłać SMSy ma niemal każdy, a wyposażenie w niego każdego lekarza to również minimalny koszt.
Całość systemu można wykonać w ciągu kilku miesięcy kosztem pensji góra kilku europarlamentarzystów. Może z lekką górką na bramkę smsową. Tak czy inaczej, projekt jest mikroskopijny i banalny. A czemu nie zostanie wdrożony? No cóż… odpowiedź naiwna to tzw. „scope creep” – zamiast skupić się na tym co naprawdę jest potrzebne, następuje koncert życzeń fantastyki naukowej, i otrzymujemy zestaw wymagan opisujący nie system sprawdzania stanu ubezpieczenia, ale wirtualny model pacjenta, lekarza, pielęgniarki i zapewne jeszcze z bazą dostępnych wzorów pościeli w szpitalach. Część wymagań zapewne dobrze byłoby zrealizować, ale próba wrzucenia wszystkiego do jednego worka – zwłaszcza, gdy sytuacja jest pilna i delikatna – jest czystą niekompetencją.
Niestety odpowiedź bliższa prawdy jest o wiele prostsza: im większy projekt, tym więcej pieniędzy przez niego przepłynie. Jeśli średnio ukraść można 10%, to lepiej, żeby te 100% było jak największe…
Ale nic to – podniecajmy się, że Palikot zapalił kadzidełko w sejmie, a gdy już myślimy o lekach i leczeniu – obwińmy o wszystko pazernych lekarzy, chciwych farmaceutów i diaboliczne koncerny farmaceutyczne. A potem rzućmy się wszyscy sobie do gardeł.